Blog

Choroba, której nie widać, czasami boli najbardziej

Choroba, której nie widać, czasami boli najbardziej

Brak włosów, który nie pozostawia złudzeń, że jest wynikiem choroby nowotworowej, brak kończyny czy wózek inwalidzki, z automatu włączają współczucie. Często takie, za którym nic nie idzie. Czy nie współczujemy czasem na pokaz i jak traktujemy tych, którzy cierpią, ale ich ciało nie zdradza fizycznych oznak choroby?

Oczekujemy od ludzi, że będą mili i uprzejmi, w końcu mamy dość własnych trosk i problemów. Czasem jednak czyjaś kwaśna mina nie jest fanaberia, czy popularnym fochem, ale skutkiem walki z bólem i trawiącą go chorobą. Taką, której nie widać.

Rozmawiałam z wieloma niepełnosprawnymi fizycznie osobami. Niemal wszystkie mówią jednym głosem, że nie lubią, gdy ludzie epatują współczuciem, które nic nie wnosi do ich życia. W gabinecie dietetycznym pojawiają się pacjenci z chorobami, których nie można nie zauważyć, jak i takimi, których nawet najwnikliwszy obserwator nie dostrzeże.

Konsultacji żywieniowej potrzebują zarówno unieruchomieni na wózkach inwalidzkich, jak i chorujący na stwardnienie rozsiane, Hashimoto, cukrzycę, reumatoidalne zapalenie stawów czy depresję. I z przeróżnymi dysfunkcjami jelit, począwszy od jelita drażliwego, a na wrzodziejącym zapaleniu jelita grubego i chorobie Leśniowskiego-Crohna kończąc. Ich wspólną cechą jest zmęczenie, senność złe samopoczucie i spadek sił witalnych. Często towarzyszy im dojmujący ból, niekoniecznie fizyczny.

Co mówią ci, którzy żyją z niewidzialną dla oka przypadłością? Że dostają od otoczenia, w tym często najbliższego, coś skrajnie innego. Brak zrozumienia i czasem werbalnie, a czasem bez słów przesyłany komunikat, że się ze sobą pieszczą, rozczulają, a powinni wziąć się w garść. „Masz dwie ręce i dwie nogi, ciesz się życiem. Inni mają gorzej!”, „Nie zrzędź, nie marudź. Zawsze masz taką smętną minę, rozchmurz się!”, „Przecież wyglądasz w porządku, uśmiechnij się trochę!”

Czy chorobą jest zatem tylko to, co widać? Pytanie wydaje się retoryczne. Skąd więc te cytaty? W teorii dobrze wiemy – choroba to choroba. Może warto, żeby każdy z nas sam sobie odpowiedział, co dobrego zrobił dla osoby, o której wie, że codziennie, heroicznie walczy z bólem. Wszyscy chcielibyśmy być szczęśliwi i wieść sielankowe życie. Które takie jest? Obawiam się, że żadne. Mamy jednak różną odporność na trudne doświadczenia życiowe. To, co dla jednego będzie przysłowiową bułką z masłem, innego może zwalić z nóg. Ponaglanie, że już czas, żeby wstać, nie jest dobrą metodą. Wyciągniecie ręki – owszem.

Ból, smutek i cierpienie mają złą prasę. Żyjemy w kulcie przymusowego szczęścia, które ochoczo relacjonujemy w mediach społecznościowych, utrwalając społeczne przekonanie, że tak musi być. Co się więc dzieje z ludźmi, którzy go nie odczuwają? Schodzą do podziemia i zostają sami. Inni, wykluczeni, niezrozumiani.

Lepiej radzimy sobie z cudzym uśmiechem i dobrym nastrojem. Smutku, łez i cierpienia wielu wolałoby nie widzieć. Uznać, że ich nie ma. Koleżanka, której zmarł mąż, po kilku latach przyznała, że sporo znajomych na długie miesiące zawiesiło z nią kontakt. Przysyłali czasem wiadomość tekstową, ale wystrzegali się telefonów, nie proponowali spotkań. Dlaczego? Powodów może być milion, ale czy jednym z niech nie jest ten, że boimy się cudzego cierpienia? Unikamy go, jakby było zaraźliwą chorobą.

Chcesz zrobić coś dobrego dla człowieka, który cierpi? Nie dręcz go pytaniami i nie zasypuj złotymi radami, ale wysłuchaj. O ile chce mówić, albo po prostu z nim pomilcz. Słowa nie są potrzebne, by budować bliskość i dawać wsparcie. Najważniejsza jest obecność i szczerość. Sprawdź, czy możesz jakoś pomóc, ale nie narzucaj się. A przede wszystkim nie namawiaj do uśmiechu. Z siłowo przyklejonym żyje się jeszcze trudniej, zwłaszcza, gdy trawi choroba.
Tekst ukazał się dla portalu Interia.pl

 

Dodaj Komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress