Blog

„Patolodzy na klatce” – blog, który budzi emocje

„Patolodzy na klatce” – blog, który budzi emocje

Fanpage „Patolodzy na klatce” śledzi ponad 130 tys. osób. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że większość zamieszczanych na nim fotografii może budzić obrzydzenie. Krosty, narośla, nowotwory czy obrazki prosto ze stołu sekcyjnego w prosektorium do estetycznych wszak nie należą. O fenomenie fascynacji Polaków chorobami, a także o kulisach swojej pracy w rozmowie z Interią opowiedziała Paulina Łopatniuk – lekarka, patomorfolożka, autorka bloga „Patolodzy na klatce”.

Ewa Koza, Interia: Lubimy otaczać się zdjęciami pięknych krajobrazów, czuć się młodo i zdrowo. Tymczasem fanpage „Patolodzy na klatce”, który pani stworzyła, zgromadził w krótkim czasie ponad 130 tysięcy obserwujących. Skąd tak duże zainteresowanie raczej niesielankową tematyką?

Paulina Łopatniuk: – Wszystkim nam zdarza się chorować. Prędzej czy później, każdemu przytrafią się jakieś problemy zdrowotne. Wydaje się więc naturalne, że nurtują nas zagadnienia zdrowia i choroby. Publikując w mediach społecznościowych, staram się operować językiem, który będzie zrozumiały dla każdego. Odpowiadam na komentarze, nie znikam. Chcę być w kontakcie z osobami śledzącymi moją stronę, a w razie pytań i wątpliwości – wyjaśniać.

Z pani postów mogę się dużo dowiedzieć. Nie tylko zobaczyć czarny scenariusz jakiejś strasznej choroby.

– Tak, staram się tłumaczyć, że czarny scenariusz nie zawsze jest jednoznacznie czarny i nawet jeśli sytuacja jest poważna, zawsze możemy próbować coś zrobić. Najgroźniejsze schorzenie nie jest niewiadomego pochodzenia upiorem czy złowrogą abstrakcją. Jest po prostu chorobą. Owszem, determinuje życie, ale możemy coś z nią zrobić. Nie zawsze się uda, szanse bywają różne. Jednak zawsze warto podjąć działanie.

– Myślę, że namacalność może pomóc radzić sobie w trudnej sytuacji zdrowotnej. „Rak” jest słowem, którego ludzie się boją, a mnie nie chodzi o nakręcanie strachu, tylko przybliżenie problemu i oswojenie z nim. Chcę pokazać, że to jest coś, czego można dotknąć i obejrzeć z bliska, ze wszystkich stron, a potem podjąć próbę radzenia sobie z tym.

– Dochodzi też kwestia zdjęć. Część fotografii, które zamieszczam, jest naprawdę estetyczna. Wiem, że nie każdy się z tym zgodzi, ale zdjęcia mikroskopowe są czasami szalenie dekoracyjne. Nie raz i nie dwa spotkałam się z opiniami w komentarzach: „Ojej, ale to jest piękne!” czy „Jaki ładny wzór, w sam raz na sukienkę!”. Piękno przychodzi czasem z nieoczywistej strony. Na przełomie roku wydałam malutką serię kalendarza z tymi zdjęciami. Pomysł pojawił się, gdy czytałam w komentarzach, że one się ludziom naprawdę podobają. Myślę, że również ten aspekt trafia do moich odbiorców i odbiorczyń. Nie spotykamy się na co dzień z taką perspektywą dręczących nas chorób. Zwykle koncentrujemy się na objawach i metodach leczenia. A ja pokazuję, jak taka choroba wygląda od środka, co okazuje się czasem zaskakująco atrakcyjne.

Czym patomorfolog zajmuje się na co dzień?

– Największa część naszej pracy to diagnostyka mikroskopowa. Wszystko, cokolwiek zostanie wycięte, wyskrobane, z czego pobrany będzie wymaz, czy wycinek skórny, o ile nie idzie na badania mikrobiologiczne, trafia w ręce patomorfologa czy patomorfolożki. Materiał, który trafił do zakładu w wiadrach czy słoikach z formaliną, po szczegółowym opisaniu i rozporcjowaniu, dociera do nas w postaci skrojonych cieniutko – do grubości jednej komórki – preparatów na szkiełkach. Oglądamy je pod mikroskopem i sprawdzamy, co dzieje się w zmienionej skórze, nerce czy jelicie.

– Wszystkie inne badania mogą to jedynie przybliżyć. W tomografii czy rezonansie magnetycznym zobaczymy na przykład guza, który nacieka. Będziemy, niekiedy z wysokim prawdopodobieństwem, podejrzewać, czym może być. Ale to nasze badanie dostarczy ostatecznej odpowiedzi, czym on konkretnie jest, jak głęboko nacieka, jaki jest stopień zaawansowania. Jeśli jest to jest nowotwór złośliwy, ocenimy czy przekracza już poszczególne bariery tkankowe, nacieka naczynia krwionośne i atakuje gałązki nerwowe. Wszystkie szczegółowe informacje pozwalają skonkretyzować rozpoznanie i  decydować o wyborze dalszego leczenia.

– Skupiłam się w tej chwili na nowotworach, bo to medialny i bardzo ważny temat, ale zajmujemy się też innymi chorobami, w tym zapalnymi, autoimmunologicznymi, zwyrodnieniowymi i pasożytniczymi. Po zapoznaniu się z materiałem, dostarczamy ostatecznej diagnozy. Najczęściej dopiero od tego momentu zaczyna się poważne leczenie. Zazwyczaj podpowiadamy też czy można już je zakończyć.

Skąd pomysł, by dzielić się swoją pracą z użytkownikami mediów społecznościowych?

– Od kiedy zaczęłam być aktywna w internecie i brać udział w rozmowach na różnych forach dyskusyjnych, zdarzało się, że musiałam objaśniać jakieś medyczne zagadnienia. Zauważyłam żywe zainteresowanie szczegółami mojej pracy. Ludzie chcieli, bym ją pokazywała od kuchni, bo detale ułatwiały zrozumienie czasem skomplikowanych kwestii. Zaczęłam więc pisać okołonaukowe teksty dla różnych portali, ale nasze cele nie zawsze okazywały się zbieżne. Kompromis bywa wyzwaniem. Nie zawsze warto do niego dążyć. W końcu posłuchałam sugestii znajomych i założyłam bloga, który chyba się spodobał.

Ostrożnie powiedziane. W ekspresowym tempie zgromadził rzeszę fanów. Wciąż przybywają nowi. Jaka jest historia nazwy?

– Wykorzystałam nasz branżowy żarcik, krążący od dawna po patomorfologicznych skrzynkach mailowych. Ktoś ze znajomych po fachu podrzucił mi zdjęcia odezw klatkowych przylepianych na drzwiach koło domofonów. Jedna z nich grzmiała: „Nie otwierać drzwi byle komu! Uwaga, bo patolodzy wejdą na klatkę, będą sikać, pić alkohol i roznosić zarazę.” Strasznie mnie to rozbawiło. Potem pomyślałam, że nazwa „Patolodzy na klatce” może być zabawnym nawiązaniem.

Zaciekawiły mnie wątki kulinarne: „torbiel czekoladowa” i „muffiny jagodowe”. To jest oficjalna nomenklatura medyczna, czy pani sposób na zainteresowanie tą niełatwą tematyką?

– Nowi odbiorcy czasami się dziwią, że podsuwam tak „niepoważne określenia”, a to często są oficjalne terminy medyczne. Wspomniane przez panią sformułowania pojawiają się w podręcznikach i fachowych publikacjach.

– Torbiel czekoladowa to inaczej torbiel endometrialna. Są osoby, którym te, kojarzące się z kulinariami, określenia wydają się niestosowne. W końcu endometrioza to poważna choroba, która potrafi uprzykrzyć życie. Powstaje, gdy błona śluzowa, podobna do tej w jamie macicy, która co miesiąc się złuszcza, lokalizuje się w innych miejscach. Często spotkamy ją w jajniku. Złuszczająca się w nim błona nie znajduje ujścia na zewnątrz, jakie ma w macicy. Takie ognisko nieprawidłowej śluzówki zaczyna się powiększać i puchnąć – w ten sposób tworzy się torbiel. Jeśli ją rozetniemy, znajdziemy w środku brunatno-wiśniowe resztki błony śluzowej wymieszane z krwią, czyli, na oko, czekoladową treść. Brzmi dziwnie? Może w pierwszej chwili, ale gdy słyszymy „torbiel czekoladowa”, nic nie trzeba tłumaczyć. Wiemy, czego się spodziewać.

Chciałabym zdjęcia patosu z języka medycznego. W końcu, jako pacjenci, chcemy wiedzieć, co nam dolega, a nie głowić się nad niezrozumiałymi opisami.

– Takie częściowe zejście z fachowej terminologii, do również fachowej, ale prostszej i bardziej namacalnej, może pomóc oswoić chorobę. Przecież wszyscy mamy do czynienia z kuchnią i jedzeniem. Wiemy jak wygląda płynna czekolada, a w medycynie ważna jest sprawna komunikacja. Muszę nie tylko postawić rozpoznanie, ale też w jasnej i zrozumiałej formie przekazać je dalej komuś, kto będzie kontynuował leczenie. Ponadto, by zmniejszyć ryzyko błędu lub przynajmniej trudności diagnostycznych, muszę otrzymać pełne i zrozumiałe informacje od osoby, która zleciła pobranie materiału i od kogoś, kto go wyciął i przygotował. A później trzeba jeszcze odpowiednio przedstawić sprawę pacjentowi lub pacjentce. Zrozumienie i współpraca ułatwiają terapię. Wszystko, co sprawi, że będziemy się lepiej rozumieć, jest dobre. Szybciej i czytelniej wyłania się obraz choroby. Jest mniej nieporozumień.

– Podobnie jest w przypadku przyrównywanego do jagodowej muffinki dziecka. Słysząc to, widzimy podobny obraz: ciemne plamki widoczne, niczym jagody, przez skórkę ciastka, w przypadku dziecka, przez jego skórę. Jeśli wiemy jakie choroby mogą leżeć u podłoża takiego obrazu, zyskujemy na czasie. Szybkie skojarzenie potrafi dać więcej, niż najbardziej szczegółowy opis. To ważne, bo sztandarową patologią, która może objawiać się w ten sposób, są niektóre dziecięce białaczki. Nie ma wtedy czasu na błądzenie. Trzeba jak najszybciej wpaść na pomysł diagnozy. Skojarzyć fakty i obrazy.

I właśnie o nowotworach chcę z panią porozmawiać. Celebrytą w tym gronie jest dla mnie czerniak. Kojarzę go z latem, słońcem i nieestetycznymi ciemnymi zmianami, ale on ponoć nie zawsze tak prezentuje swoje wdzięki?

– Skojarzenie z opalaniem jest dobre. Znakomita większość czerniaków skóry jest związana z promieniowaniem ultrafioletowym, czyli nie tylko ze słońcem, ale też z solarium. O czerniaku najwięcej mówi się latem, ostrzegając przed konsekwencjami przesadnej ekspozycji na słońce. I słusznie. Trzeba przypominać o filtrach UV i kapeluszach, ale też o okularach słonecznych, bo ten nowotwór, może się rozwijać również w gałce ocznej.

–  Ale niektóre odmiany potrafią się rozwijać się niezależnie od słońca. Czerniaki podpaznokciowe czy te występujące na podeszwie stopy, nie potrzebują go. Nie wszystkie dotyczą skóry czy oka. Równie dobrze mogą występować w obrębie błon śluzowych, na przykład w jamie ustnej czy przełyku.

Jako przerzut, czy pierwotnie?

– Pierwotnie. Na szczęście rzadko. Komórki barwnikotwórcze, melanocyty, z których rozwija się czerniak, znajdują się nie tylko w skórze czy gałce ocznej. Czasami znajdujemy łagodne znamiona z tych samych komórek, z których może się rozwinąć czerniak, na przykład w prostacie czy na powierzchni szyjki macicy. Nie jest to częste, ale znamy takie przypadki. Zdarzają się pierwotne czerniaki śluzówek odbytu, a tam słońce raczej nie dociera. Znane są przypadki czerniaka opon mózgowo-rdzeniowych.

I nie zawsze jest, zgodnie z nazwą, czarny.

– Mówiąc czerniak mamy najczęściej na myśli ciemnobrunatną, nieregularną, wrzodziejącą zmianę. Są klasyczne kryteria jego rozpoznania, czyli asymetria; ciemne, nieregularne wybarwienie; nierówne, nieregularne brzegi; owrzodzenie, a także fakt, że taka zmiana się rozrasta, zaczyna swędzieć lub krwawić. Trzeba o tym pamiętać. To ważne i przydatne wskazówki, ale kilka procent czerniaków w ogóle nie wytwarza barwnika. Takie guzki czy plamy będą cieliste, podobne do swojego otoczenia.

Kilka?

– Nawet 8-10 proc. Taką zmianę łatwo przegapić. Czujność, którą nakierowujemy na duże, brunatne zmiany jest ważna, ale nie tylko one są groźne. Po pierwsze, każdy duży czerniak był kiedyś malutki i niepozorny, a po drugie, część czerniaków będzie się kamuflować, udając odcisk, blizenkę czy brodawkę. Zauważymy cielistą, niespecyficzną zmianę, którą będziemy próbować wymrażać, albo zignorujemy licząc, że sama zniknie. A ona zamiast się goić, będzie rozrastać. To groźna pułapka. W skórze może być dużo innych nowotworów, niekoniecznie mniej groźnych niż czerniak.

Czego nie bagatelizować?

– Na pewno nowych zmian, które pojawiły się znikąd, bo nie kojarzymy ich z żadnym urazem. Coś, co rośnie, zmienia się, wrzodzieje i sączy, powinno zwrócić uwagę. To nie musi być od razu czerniak, ale taka zmiana powinna nas zaniepokoić.

Ze zdziwieniem przeczytałam, że czerniak nie jest najczęstszym nowotworem skóry.

– Tak, czerniak nie wygrywa ani pod względem częstotliwości, ani nawet agresywności, bo to nie jest nasz najgroźniejszy nowotwór. Chociaż w tej konkurencji trudno dyskutować o zwycięstwach. Najczęstszym skórnym, i w ogóle najczęstszym nowotworem złośliwym, jest owszem złośliwy, ale mało agresywny rak postawnokomórkowy skóry, zwany – od swojej łacińskiej nazwy – pieszczotliwie, baziakiem.

– Ten złośliwy nowotwór raczej nas nie zabije. Jeśli go jednak zupełnie zlekceważymy i pozwolimy mu na to – będzie rósł, nie tylko na szerokość, ale też w głąb tkanek, uszkadzając je, powodując głębokie owrzodzenia i niszcząc okoliczne struktury. Jeśli wyrośnie koło oka, a baziaki lubią pojawiać się na twarzy, może uszkodzić gałkę oczną. Rzadko i bardzo późno daje przerzuty, dlatego bywa lekceważony. Ale to nie jest dobre rozwiązanie. Jeśli nie zostanie doszczętnie wycięty, będzie rósł, wrzodział, nawracał i okaleczał. Na szczęście, w przeciwieństwie do czerniaka, baziak potrafi rozwijać się przez wiele lat, więc mamy czas na reakcję.

Do kogo udać się z taką zmianą?

– W związku z koniecznością uzyskania skierowania, do lekarza pierwszego kontaktu, ale docelowo zajmie się tym najpewniej ktoś ze specjalizacją z dermatologii. Dostajemy wycinki ze zmianami skórnymi z gabinetów chirurgicznych, ginekologicznych czy nawet laryngologicznych. Przede wszystkim jest to jednak domena dermatologii.

Wiele osób używa słowa „rak” traktując je jako synonim nowotworu. To nie jest poprawne?

–  Oj, to zdecydowanie nie są synonimy. Nowotwór jest szerszym pojęciem, a rak to konkretna grupa nowotworów. Rak z definicji jest złośliwym nowotworem nabłonkowym. Nowotwór zaś może pochodzić z różnych, nie tylko nabłonkowych, tkanek. Nie ma zatem czegoś takiego jak rak mózgu, chyba, że mówimy o przerzucie. Nie ma też raka krwi, bo komórki krwi nie są nabłonkowymi. Tu możemy się spodziewać raczej białaczki niż raka.

–  I najważniejsza kwestia: nowotwory nie muszą być złośliwe, jest masa łagodnych. Dlatego słowo nowotwór nie powinno straszyć, bo wiele z nich nie jest groźnych. Głupie brodawki skórne – część z nich to zmiany wirusowe, ale część to właśnie łagodne nowotwory. Poza tym mięśniaki i tłuszczaki. Póki są łagodne, nie będą naciekać ani dawać przerzutów. Jeśli kogoś zabiją, to raczej przypadkiem, bo zlokalizowane w niefortunnym miejscu, mogą uciskać jakieś istotne struktury lub narządy. Inne z czasem mogą stać się złośliwe, póki co, same w sobie, nie mają jeszcze zabójczego potencjału.

– Nowotwory potrafią być złośliwe i zabójcze, ale bywają jedynie defektem kosmetycznym, albo ostrzeżeniem. Nie warto wpadać w panikę. Nawet w przypadku zmian nowotworowych, które zostawione na wiele lat, w końcu mogą stać się złośliwe, albo zaczną być groźne, ale jeśli zauważymy je wcześniej, mamy czas, żeby je wyciąć. Zamiast siedzieć i rozpaczać, trzeba działać. To samo dotyczy też raków, nie wszystko, co złośliwe, musi od razu zabijać. Dobrym przykładem jest wspomniany już baziak. Ani nowotwór nowotworowi, ani rak rakowi nie jest równy. Trzeba zacząć od diagnozy, a potem wdrożyć leczenie. Im szybciej rozpoznamy zmianę, tym lepiej dla nas.

Sezon urlopowy za pasem. Co, oprócz miłych wspomnień, możemy przywieźć z egzotycznych wakacji?

– Niestety całą masę pasożytów, infekcji grzybiczych, bakteryjnych i wirusowych. Na egzotycznych wojażach możemy natknąć się na żyjątka, z którymi nie jesteśmy obyci, ani my, ani personel medyczny. Przez co diagnoza często się opóźnia. Najpierw szukamy zawsze tego, co najbardziej popularne w naszym rejonie. To kwestia prawdopodobieństwa. Dlatego tak ważną rolę odgrywa dobrze przeprowadzony wywiad lekarski. Informacja o wyjeździe w odległy zakątek świata może być cenną wskazówką, która przyspieszy postawienie rozpoznania.

– W niektórych cieplejszych krajach możemy się natknąć na pchły piaskowe, czy nicienie, które wywołują zespół wędrującej larwy skórnej. Pchła piaskowa nie będzie wędrować, bo ona głębiej się nie wybiera. Przegryzie się pod naskórek i, tak podczepiona, będzie  siedzieć, pić, puchnąć i składać jaja, o ile jej na to pozwolimy.

– Polski turysta, który wróci do kraju z zauważalną, najczęściej na skórze stopy, pchłą piaskową, zgłosi się do przychodni, czy nawet placówki nocnej pomocy lekarskiej i problem zostanie szybko usunięty. Z krajów ubogich, gdzie opieka medyczna działa dużo gorzej, nie ma dostępu do czystej, bieżącej wody i powszechnie chodzi się boso, znane są przypadki, gdy na jednym człowieku bytowało po kilkaset owadów. A pchły piaskowe, w połączeniu z niedoborami higieny, trudnym dostępem do opieki zdrowotnej i niedożywieniem, potrafią doprowadzić do poważnych zaburzeń, owrzodzeń, deformacji kończyn i groźnych zakażeń.

A nicienie?

– One są głównie nieprzyjemne, ale zazwyczaj niegroźne dla człowieka, bo żyją krótko w naszym organizmie. Wędrują sobie naskórkiem, dając bardzo nieprzyjemne odczucia świądu i pieczenia, ale my nie jesteśmy ich docelowym gospodarzem. To pasożyty zwierząt. Wolałyby się znaleźć w ich organizmie, a tam przebić się głębiej, do krwioobiegu i dalej, by dojrzeć i rozmnożyć się. U nas zwykle dość szybko umierają.

– Możemy też przywieźć inne niż skórne pasożyty, które zaatakują nas bardziej wewnętrznie. Myślę o groźniejszych, niż te, które występują w Polsce, gatunkach przywr. Na przykład przywry krwi, na które możemy się natknąć chociażby w Egipcie. Są o tyle niebezpieczne, że mogą zwiększyć ryzyko powstawania niektórych nowotworów. Jeśli chodzi o pasożyty, Polska ma dość szczęśliwą lokalizację na mapie świata. Choć i nasze gatunki potrafią zadziwić. Pamiętam, jak zaskoczyły mnie, opisane w prasie medycznej, przypadki ciężkiej anemii związanej z masywną wszawicą.

***

Paulina Łopatniuk – urodzona w 1981 roku gdańszczanka, lekarka, specjalistka patomorfologii. Autorka popularnonaukowego bloga „Patolodzy na klatce”, za który otrzymała główną nagrodę w kategorii Media w XIV edycji konkursu Popularyzator Nauki organizowanego przez Polską Agencję Prasową (serwis Nauka w Polsce) oraz Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. W kwietniu 2019 r. ukazała się jej pierwsza książka: „Patolodzy. Panie doktorze, czy to rak?”. W październiku 2020 kolejna: „Na własnej skórze”. Matka dwóch kotów, królowa prokrastynacji, beznadziejnie uzależniona od literek czytelniczka wszystkiego, co się nawinie. Zakochana w obrazach mikroskopowych wielbicielka anegdot medycznych i przyrodniczych.

Wywiad ukazał się dla portalu Interia.pl

 

Dodaj Komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress