Blog

Toksyczna relacja matki i syna. „Wszystko było dla niej powodem do rozpaczy lub krzyku”

Toksyczna relacja matki i syna. „Wszystko było dla niej powodem do rozpaczy lub krzyku”

– Z tego krótkiego czasu przed chorobą mam nawet dobre wspomnienia. Ona była inną osobą. Pracowała. Bywałem w jej miejscu pracy. Nie była wtedy częścią piety, którą mam cały czas przed oczami. Nie była bezradną matką. A później na tę jej bezradność patrzył bezradny chłopczyk, który nic nie był w stanie zrobić. Jako dziecko widziałem w pełni zdrową fizycznie matkę, która emanowała bezradnością. Chyba wiedziałem, że jest chora, ale dziecku niełatwo to wszystko pojąć. To dojmujące doświadczenie. Kiedyś użyłem sformułowania: „Mały, bezradny chłopczyk patrzy na swoją bezradną matkę”. Tak nas pamiętam – mówi Paweł Lęcki, nauczyciel języka polskiego, fotograf i popularny felietonista, który na Facebooku pisze nie tylko o polskiej szkole, ale również o skomplikowanej relacji z matką.

Ewa Koza, Styl: Jak widzi pan matkę oczami małego chłopca?  

Paweł Lęcki: – Zacznę od piety (w sztukach plastycznych obraz Matki Boskiej trzymającej na kolanach martwego Jezusa Chrystusa – przyp. red.), bo to bardzo mocne wspomnienie z mojego dzieciństwa. Jednopłciowa, żeńska wersja piety, składająca się z mojej babci i matki.

– To był moment, w którym matka po raz pierwszy trafiała do szpitala psychiatrycznego. Nie pamiętam dokładnie, ile miałem lat, ale wiem, że byłem dzieckiem, które nie mogło zostać samo. Matka się poddała. Odeszła z pracy, była na rencie. Później na emeryturze. Całe moje życie pamiętam głównie matkę niepracującą. Bierną i jednocześnie nadreaktywną.

– Wszystko mogło być dla niej powodem do rozpaczy – jak zepsuta spłuczka, rozbity talerz, albo do krzyku. Nie chodzi o to, że byłem bardzo grzecznym dzieckiem, wręcz przeciwnie. Ale dominującym elementem naszej rzeczywistości były jej lęki i krzyki. Takie było moje dzieciństwo i nastoletniość. Oraz kawałek dorosłości. Potem w zasadzie przestaliśmy ze sobą rozmawiać.

– Wyszedłem od piety, bo podstawowym elementem było ciągłe poczucie bierności. Myślę, że wszystkie problemy, które mam za sobą, z tego się właśnie biorą. Mówię o niskim poczuciu własnej wartości, braku pewności siebie, wysokim poziomie lęku, nadmiernych reakcjach na wiele sytuacji. Do pewnego momentu za wszystkie błędy, które popełnia dziecko, odpowiedzialny jest rodzic. Przecież dziecko nie wie, co robić. Uczy się świata, patrząc na wzorzec najbliższej osoby dorosłej. Więc odpowiedzialność jest po stronie rodzica.

– Ale doskonale wiem, że przyszedł czas, w którym ta odpowiedzialność zaczęła być po mojej stronie. A nie potrafiłem wyjść ze schematu uzależnienia od szantażującej mnie emocjonalnie matki, co nie znaczy, że nie rozumiem problemów wynikających z jej choroby.

– Szantaż emocjonalny był jednak czymś więcej. Stał się koszmarem mojego dojrzewania i lat późniejszych. Matka nierozerwalnie związała mnie ze sobą. To się zaczęło bardzo wcześnie. A kiedy zniknął ojciec, ona jeszcze mocniej przerzuciła na mnie swoje emocje. Nigdy nie weszła już w relację z żadnym dorosłym mężczyzną, co strasznie mi dokuczało, bo potrzebowałem męskiego wzorca.

Ile pan mógł mieć lat, gdy matka zrezygnowała z pracy?

– To trudne pytania. Pewnie mógłbym to ustalić na podstawie jakichś dokumentów. Perspektywa dzieciństwa i różnych wydarzeń trochę mi się zaciera. Nie mam ich rozpisanych na osi czasu, rozkładają się raczej na globusie wspomnień.

Nie pamięta pan czy pana mózg to wyparł? Czytałam, że mózg dziecka jest w stanie wykasować wiele najtrudniejszych przeżyć. Robi to, żeby przetrwać.

– Moja matka nie była przemocową w sensie fizycznym. Przemoc z jej strony była raczej szantażem emocjonalnym i potrzebą uwieszenia się na mnie. Jej niemożnością odrębnego, beze mnie funkcjonowania.

Czyli zamiana ról, pełnił pan funkcję dorosłego?

– Tak i było to bardzo ograniczające. Niedawno zdałem sobie sprawę, że nigdzie razem nie jeździliśmy. Naprawdę nigdzie. Jako dorosły człowiek też bardzo długo nie podróżowałem. Nie poruszałem się poza swoje najbliższe otoczenie. Nasze zamknięcie, w splocie tej przedziwnej relacji, było dosłownie geograficzne. Matka bała się podróżować i nie odczuwała takiej potrzeby.

– Pomijam już kwestie finansowe, bo nie było łatwo. Przecież była na rencie. Ale nigdy nie miałem o to żalu. Pretensje, które do niej miałem, wynikają z faktu, że wciągnęła mnie w dosłowną zależność. To rodziło też pretensje do mnie samego, że nie umiem z tej chorej relacji wyjść.

– Nie jest przecież tak, że każda tego typu matka spowoduje tak destrukcyjne zmiany, do jakich doszło u mnie. Być może ktoś inny w wieku 18 czy 20 lat powiedziałby: „dość!” i zaczął żyć swoim życiem. Jesteśmy bardzo różni. Iluś osobom, które do mnie piszą, zdarzyło się tak, jak i mnie. Ale to nie musi być powszechne zjawisko.

Kiedy zaczął pan pisać o matce?

– Póki żyła, nie pisałem o niej. Posługiwałem się figurą babci. Surowej i trochę fascynującej. A przy tym dziwnej i zagadkowej. Toksycznej w roli matki. Jako babci pewnie kochającej, ale w specyficzny, twardy sposób.

– Opowieści o matce pojawiły się po jej śmierci, więc często docierają do mnie zarzuty w stylu: „bo pana matka już się nie może bronić!”. Tylko, że to zupełnie nie o to chodzi. Gdybym napisał książkę, nikomu raczej nie przyszłoby do głowy pisanie do mnie listu w tej sprawie. Facebook, gdzie publikuję swoje treści, skraca dystans miedzy twórcą, a odbiorcą. Często pojawia się u ludzi potrzeba pouczania mnie. Rozumiem to, z powodu medium, którym się posługuję. Książka oddziela dzieło od autora. Czytelnik co najwyżej pomstuje nad tą książką. A na mnie można pomstować od razu. Zaraz pod postem.

– Oczywiście reakcje są różne. Na post o matce potrafi zareagować około 3 tysięcy osób. Pojawi się też, powiedzmy, 400 komentarzy. Będą różne. Wspierające i te od domorosłych psychologów, którzy robią mi profil psychologiczny i na przykład przekonują, że bardzo kochałem matkę, więc mylę się pisząc, co czuję. Będą też serdeczne i najważniejsze dla mnie, czyli takie, w których ktoś pisze, że to dla niego ważne. Coś w stylu: „Też tak mam, a nie wiedziałem, że mam prawo tak się czuć, że to nie jest nic totalnie złego. Że można o tym powiedzieć. I nie trzeba mieć ciągłych pretensji do siebie, że czuję się trochę dziwnie względem powszechnych emocji związanych z matką”.

Napisał pan, że czekał na śmierć matki. Zmroziło mnie to.

– Tak, napisałem i nie wycofam się z tego. Kiedyś użyłem też sformułowania, że spodziewam się, że dzień jej śmierci będzie najszczęśliwszym w moim życiu. Co okazało się nieprawdą. Na naszą trudną relację nałożyło się obserwowanie procesu jej umierania i złość, która się pojawiała w tych koszmarnych momentach. Złość, która rodzi rodzaj wstydu, bo to była złość na człowieka, który już w ogóle nie wiedział, gdzie jest i co ma robić.

– Rodził się we mnie taki wstyd łapania na klatce schodowej rodzica, który jest już na skrawku swojego życia. Dochodziła jej oczywista agresja, która pojawiała się w związku z demencją czy chorobą Alzheimera. Tego już nikt nie diagnozował na tym etapie. Kurczyła się również fizycznie. To jest paradoks, bo bezpośrednią przyczyną śmierci matki był rak.

– A przecież, pomijając pierwsze lata dzieciństwa, matka przez całe moje życie leczyła zaburzenia psychiczne. Z tego krótkiego czasu przed chorobą mam nawet dobre wspomnienia. Ona była inną osobą. Pracowała. Bywałem w jej miejscu pracy. Nie była wtedy częścią piety, którą mam cały czas przed oczami. Nie była bezradną matką. A później na tę jej bezradność patrzył bezradny chłopczyk, który nic nie był w stanie zrobić.

– Jako dziecko widziałem w pełni zdrową fizycznie matkę, która emanowała bezradnością. Chyba wiedziałem, że jest chora, ale dziecku niełatwo to wszystko pojąć. To dojmujące doświadczenie. Kiedyś użyłem sformułowania: „Mały, bezradny chłopczyk patrzy na swoją bezradną matkę”. Tak nas pamiętam.

A współczucie?

– To powinno rodzić współczucie. Ono we mnie było, ale wymieszane z przeżyciami  skomplikowanego czasu dojrzewania i wejścia w dorosłość. To był nie tylko fakt, że mam kontakt z chorą osobą, ale ta jej choroba bezpośrednio mnie wikłała i wpływała na moje życie. To ciągłe szamotanie się i próba wyjścia z trudnej sytuacji codziennie mnie wykańczały.

– Przecież była też we mnie jakaś chęć pomocy, choć czułem się nierozerwalnie związany z kimś, komu, w pewnym momencie, już nie chciałem i nie umiałem pomagać. Dlatego podkreślam, że te uczucia są skomplikowane i bardzo dziwne. To nie jest jednoznaczne, że mogę zdefiniować nienawiść czy niechęć i nie ma we mnie nic pozytywnego w stronę matki. To tak pogmatwany splot, że rozsupłanie go jest wręcz niemożliwe.

Myślał pan o tej śmierci, bo był pan już tak bardzo zmęczony matką?

– Nią, sobą, tą chorą relacją. W perspektywie jej odejścia, widziałem nadzieję na zakończenie tej fatalnej sytuacji. Zakładałem, że to będzie moment, w którym, mając poczucie kompletnie zmarnowanego życia, wreszcie poczuje się wolny. To nie tak, że wcześniej nie próbowałem, ale nie udało mi się. Myśl o jej śmierci dawała mi poczucie, że jest gdzieś okienko, w którym ta udręka się skończy. Co okazało się błędnym wyobrażeniem.

– Emocje, które pojawiły się później wcale nie były takie, jakich oczekiwałem. Nie poczułem się tak wolny, jak myślałem, że będę.

Był pan przy śmierci matki?

– Nie. Uczestniczyłem niemal w całym procesie jej umierania, do momentu, w którym pojechała do hospicjum, które jest ważnym punktem transferowym między życiem a śmiercią. Była w nim trzy dni. Stamtąd dostałem telefon, że nie żyje.

Co pan poczuł, gdy usłyszał tę informację?

– Na początku nic. Nie poczułem zaskoczenia, bo miałem zapisany numer z hospicjum i odbierając telefon przypuszczałem, w jakiej sprawie mogą dzwonić. Później miotały mną przeróżne uczucia. Od zadowolenia do pustki i straty. Tylko nie umiem powiedzieć, czy to poczucie straty było związane z matką, czy życiem, którym – niezadowolony, a jednak żyłem. To było moje życie.

– A teraz raptem zostałem z niczym. Tym bardziej, że to było miesiąc po śmierci ojca. Miałem poczucie przedziwnego osierocenia przez rodziców, którzy nie byli jakoś szczególnie przeze mnie ukochani ani czule wspominani. Mimo to czułem się sierotą. Opuszczonym całkowicie.

Tęskni pan za ojcem, którego nie było? Jego śmierć też jest dla pana ważna.

– Ojciec odszedł od nas, gdy miałem, strzelam, 5-6 lat. To są moje ostatnie z nim wspomnienia. Później sam go odnalazłem. Miałem 30 lat, gdy się spotkaliśmy. To było bardzo dobre spotkanie. Jeden ze szczęśliwszych momentów mojego życia. Powiedział, że im dłużej trwała rozłąka, tym bardziej wstydził się odezwać. Więc nie odezwał się nigdy. Po części go rozumiem, bo też to robię. Nie umiem się do kogoś odezwać. Coś złego się wydarzy, a ja już nie potrafię wrócić do relacji. Naprawić jej w dojrzały sposób.

– Jak już wyjaśniliśmy sprawy zaprzeszłe, spędziliśmy dwa dni, łącznie z bardzo radosną kolacją ojca z synem, którzy nie widzieli się ponad ćwierć wieku. Później, przez dłuższy czas, utrzymywaliśmy kontakt telefoniczny. Ale, jak łatwo się domyślić, wkrótce zaczął się rwać. Dzwoniliśmy do siebie coraz rzadziej, aż przestaliśmy zupełnie. Nie wiedziałem, że jest chory na raka. Dowiedziałem się dopiero, gdy umarł. Mam o to żal. Również do siebie.

Wprost sielankowy opis, zwieńczony jeszcze pana poczuciem winy! Czy aby nie wybiela pan ojca? On opuścił pięcioletniego chłopca. Zostawił swoje dziecko.

– Tak. Z premedytacją mówię, że spotkanie z nim było jednym z najszczęśliwszych momentów mojego życia, bo przez chwilę czułem to, czego najbardziej mi brakowało. Jego obecności. To spotkanie było dla mnie ważne. A to, że odszedł ode mnie to w pełni jego wina. Niczym jej nie usprawiedliwiam. Jakakolwiek była moja matka, wiem, że nie utrudniała mu spotkań. Mógł się ze mną kontaktować. A nie robił tego. Zniknął.

– Dla mnie poczucie opuszczenia przez ojca było bardzo trudne. Dlatego to spotkanie z nim było czymś niezwykłym. Na chwilę miałem ojca. Ojca, którego powinienem mieć zawsze. I co dla mnie niezwykle ważne, nie okazał się potworem, tylko bardzo słabym, fatalnym człowiekiem. Ale moim ojcem. Tym, którego nie miałem przez parędziesiąt lat. Był mój. Przez chwilkę, a później mi umarł. Niczego już się nie dowiem.

– Matka, ojciec i babcia nie żyją. Myślę o domknięciu, a przecież wiele spraw pozostanie dla mnie niejasnych. Wiem, że mogłem porozmawiać o nich z matką, a jednak zapadło między nami wieloletnie milczenie. Pewnie powinienem był wtedy dociekać i próbować rozwikłać zagadki. Nie zrobiłem tego.

– Myślę, że gdybym był silniejszy i odważniejszy, to mógłbym coś wyjaśnić. Czegoś się dowiedzieć i choćby z tego powodu poczuć się trochę lepiej. A zostałem ze skrawkiem opowieści i domysłami. Uparłem się, że nie będę rozmawiał i dopytywał. Tego zostałem nauczony. Ojciec był uparty z natury, dlatego go nie miałem. Co jest, nie oszukujmy się, podłością z jego strony. A do tego uparta, w swoich lękach i biernościach, matka.

Jaka była pana matka zanim zaczął się wyłaniać dominujący obraz osoby chorej i toksycznej?

– Dobrze pamiętam jej pracę. Pracowała w nauczycielskiej spółdzielni mieszkaniowej. Przychodziłem do niej. Siedziałem i bawiłem się wszystkim maszynami do pisania. Wydawała się dobrym pracownikiem, jednak to właśnie praca stała się przyczyną jej załamania nerwowego. Wtedy weszły komputery. Trzeba było nauczyć się czegoś nowego. A ona najpierw spanikowała, a później wpadła w tak daleko idące stany chorobowe, że nie była w stanie pracować.

– Pamiętam jakieś spacery po najbliższej okolicy. Ale na plażę już mnie nie zabierała, a przecież mieszkaliśmy nad morzem. Chodziłem z mamą kolegi. Moja matka nie uczestniczyła w takich zdarzeniach. Mam bardzo mało sielankowych wspomnień, bo szybko wyłania się obraz choroby i połączonej z nią toksyczności.

– Co ciekawe, wielu ludzi ją uwielbiało. Gdy przebywała w dziennym domu opieki, była bardzo lubiana. W rodzinie również. A ja miałem ciągłe poczucie odklejenia. Dlaczego inni nie widzą tego, co dzieje się między nami, w naszych czterech ścianach? Do tej pory mnie to i wkurza, i powoduje jakiś dysonans. Skoro człowiek potrafi mieć tak dobre relacje z innymi, to jakim cudem sprawia, że relacja z własnym dzieckiem jest aż tak koszmarna. Przecież to się nie stało od razu, a narastało. To był proces.

Jak napisała Alice Miller: „Bólu, przez który nie możemy świadomie przejść, pozbywamy się, cedując go na własne dziecko”. Na zewnątrz łatwiej być fajną.

– Podczas sprzątania pokoju, już po jej śmierci, znalazłem wśród osobistych rzeczy książkę: „Zła matka”. Podejrzewam, że miała tego świadomość, tylko nic z tego nie wyniknęło. Wiem, że przyszedł moment, w którym po obu stronach było już za późno na jakiekolwiek zmiany.

– Trzeba się z tym pogodzić. Przecież nie jest tak, że wszystko można naprawić. Czasem również w sferze emocji i zależności rodzinnych. One albo wybuchną, albo dotrwają do końca. I człowiek zostaje z niczym, bo nie czuje już złości. Ma za to świadomość, że przez tę całą złość zmarnował sobie szmat życia. Nic mu to nie dało. Nic nie wniosło.

– Widzę, że pana posty komentują zaniepokojone matki. Dopytują skąd mają widzieć, czy nie są toksyczne dla swoich dzieci.

– Wydaje mi się, że jeśli ktoś sobie zadaje takie pytanie, to już jest na dobrej drodze. Choć nie zawsze. Później trzeba by zadać kolejne, ważniejsze: „Jeśli mam takie skłonności, to co z tym zrobię?” Nad tym można pracować, jak nad wieloma sprawami. Musimy wyrabiać sobie te umiejętności. One nie są nam dane raz na zawsze. Nad tą matczynością też można pracować. Przecież bycie matką jest cholernie trudne. Ale to nie znaczy, że matka jest świętością samą w sobie.

– Większość matek jest super i mają świetne dzieci. Są też fajne matki, którym zbudowanie relacji z dzieckiem nie do końca się uda. To jest żywa materia. Bycie rodzicem jest procesem. Mówię i piszę o sytuacji toksycznego rodzica, który nie wie, że takim jest. Bo gdyby wiedział, to zapewne próbowałby, w jakikolwiek sposób, tego nie kontynuować. Coś zmienić.

– Jeśli dopuszcza się do tego, że chora relacja trwa tak długo, to znaczy, że nie ma takiej  refleksji. Myślę, że w moim przypadku to był splot nieszczęśliwych zdarzeń. Matka była nieszczęśliwym człowiekiem i takim uczyniła swojego syna. A ten syn nie umiał ze swojej nieszczęśliwości wyjść.

Obala pan mit nieskazitelnej matki. Nie było w panu obawy, jak to będzie społecznie odebrane?

– Nie. Moim celem nie jest obalenie roli matki ani kobiety. Z mojego punktu widzenia mit o świętości matki szkodzi przede wszystkim kobietom. Część jest tak uwikłana w konieczność bycia idealną, że to je wykańcza. Zaczynają nieświadomie krzywdzić i siebie, i swoje dzieci. Nie pozwalają sobie na błędy. Koncentrują się tylko na dążeniu do doskonałości. Nie akceptują tego, że mają prawo czuć się źle czy mieć gorszy dzień.

I próbują, z zaciśniętymi zębami, wdrażać w życie instagramową wersję macierzyństwa. 

– Jest tyle spraw, które spadają na barki kobiety, że pisanie o tym, że matka nie jest świętością, nie jest obalaniem mitu, tylko sprowadzaniem matki na ziemię. Matka jest człowiekiem. Ze wszystkimi pozytywnymi i negatywnymi aspektami tego człowieczeństwa.

– Odczarowanie figury matczynej  jest dla mnie ważne również w kontekście wciąż pokutującego przekonania, że nie wolno źle mówić o matce. Niezależnie jaka jest, albo była. Naprawdę wolno nam mówić o matce źle. Nie widzę w tym niczego dziwnego. Piszę to, co czuję i co myślę. A to, co się z tym stanie, co ktoś inny z tym zrobi, jest już poza mną.

– Dlatego tak dużo i często o tym piszę. Bo chora relacja z matką tak mocno zdeterminowała moje życie, że mam prawo odczuwać z tego powodu złość. Chciałbym, żeby inni nie musieli znaleźć się w podobnej sytuacji. Nie oczekuję, że ktoś, kto myśli i czuje inaczej niż ja, zrozumie to. Ale będę o tym pisał, bo to dla mnie ważne.

– Wyjście z toksycznej relacji z matką jest koszmarnie trudne. Pozostaje poczucie zmarnowanego czasu. Czasu, w którym trzeba było żyć własnym życiem, a nie życiem toksycznego rodzica.

Nie każdy ma powód, by nienawidzić matki. Może jednak warto dać sobie prawo jej nie lubić, albo nie akceptować części jej zachowań. I nie strać się być, wbrew sobie, najwspanialszym synusiem czy córeczką. 

– Dzieci nie rodzą się po to, żeby spełniać oczekiwania rodziców. W szkole wyraźnie widzę zmianę. Coraz więcej rodziców ma tego pełną świadomość. Wcześniej, a uczę od dwudziestu lat, dość często spotykałem się z tym, że dziecko miało realizować wolę i oczekiwania rodziców.

Planował pan, że będzie pisał o matce czy to się pojawiło spontanicznie?

– Jak już wspomniałem, zacząłem od pisania o babci. Konsekwencją musiało być pisanie o matce. Jednak nie mogłem o niej pisać dopóki żyła. Moment jej śmierci stał się przejściem w opowieść o matce. Babcia wracała w tych historiach, ale już w kontekście matki. One były i są mocno splecione. Babcia mnie również wychowywała. I to, jaka była moja matka, wypływa wprost ze specyfiki babci. Dlatego pokazuję splot zdarzeń, którego jeśli, mówiąc językiem terapeutycznym – nie przerobimy, będzie się za nami ciągnął.

Co daje panu dzielenie się ze światem tak trudnymi doświadczeniami?

– Nic. To nie działa terapeutycznie. Nie czuję oczyszczenia. Wartością są dla mnie ludzie, którzy się w nich odnajdują. To już mi coś daje.

Co?

– Poczucie wartości. Świadomość, że jestem po coś. Bo całe życie miałem przekonanie, że nie ma najmniejszego uzasadnienia mojego istnienia.

To pomaga panu radzić sobie z trudnymi emocjami?

– Nie.

Korzystał pan z terapii?

– Tak. Jednak w moim przypadku nie zadziałała. Co nie znaczy, że terapia jest nieskuteczna. U mnie, mimo że podejmowałem różne próby, szukałem różnych technik i modeli terapeutycznych, nie przyniosła pożądanego efektu.

Mówi pan, że pisze, choć nic to panu nie daje. A jednak pan kontynuuje. Więc po co?

– Z myślą o ludziach, którzy to czytają. Nie umiem ich, ot tak, zostawić. Zakomunikować, że to finał. Pojawia się też wątek książki, której z wielu powodów wciąż nie jestem w stanie napisać.

Jakich?

– Tych, o których już mówiłem. Tego, jak o sobie myślę.

Więc chce ją pan napisać, tylko się boi. Zastanawiam się czego, skoro codziennie tak dużo publikuje pan w mediach społecznościowych? I choć chciałabym uniknąć oceniania polonisty, to pisze pan tak, że to się samo czyta.

– Czego się boję? Wszystkiego. Przecież to trzeba zebrać, uporządkować. Skomponować. Czytam w komentarzach, że świetnie piszę, że mam dobre porównania i metafory. Że jest to w jakiś sposób oryginalne, choć sama historia nie jest oryginalna. Coś jednak ludzi porusza w tym moim pisaniu. Myślę, że to jest w tej chwili wyjątkowo ważna część mojego na złość zmarnowanego życia. W zasadzie inni ludzie zawsze są wartością. Zwłaszcza dla kogoś, kto nigdy nie nauczył się być wartością samą w sobie. A powinien.

 

Paweł Lęcki - autor Dawid Linkowski

Paweł Lęcki, fot.: Dawid Linkowski
Wywiad ukazał się dla portalu Interia.pl

Dodaj Komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress